poniedziałek, 24 maja 2010

Serce tygrysa

Jadąc pociągiem, mam nieodpartą ochotę wyjąć telefon i napisać do ciebie. Nie robię tego, wyciągam z torby książkę, którą wzięłam na podróż, ale nie otwieram jej do razu; znów pozwalam myślom płynąć swobodnie i nim się obejrzę, układam w myślach kolejną do ciebie wiadomość.

Zanim wyszłam, dopuściłam się drobnej kradzieży – ukradkiem otworzyłam twoją wodę po goleniu i jedną kroplą posmarowałam nadgarstek. Pomyślałam, że ilekroć podniosę dłoń do twarzy, poczuję twój zapach i będzie tak, jakbyśmy nadal nie wstali z twojej pomarańczowej sofy. Niestety naprzeciwko mnie siedzi młody mężczyzna uczący się do egzaminu i woń kawy, którą zamówił, zabija każdą inną w promieniu stu metrów. Moje małe przestępstwo na nic się więc nie zdało.

Otwieram książkę i czytam:
"Otaczał go ciepły, otulający mrok. Czuł poruszające się nad nim ciało. Gołe nogi obejmujące go żelaznym uściskiem, kołyszące nim, kołyszące jednostajnie, wprawiające go w senny trans."*

No pięknie.

Atakuje mnie fala wspomnień, świeżych i gorących. Wszystkie zmysły szaleją jednocześnie. Twój zapach – niepotrzebna mi ściąga na nadgarstku, pamięć działa doskonale. Twój głos, twój uśmiech. Dotyk – gładka, smagła skóra pod moją dłonią, napięta na twardych mięśniach, bez zbędnego milimetra. Gorący oddech na moim dekolcie. Palce na moim przedramieniu, ramionach, brzuchu. I to uczucie, że się roztapiam, zamieniam w coś miękkiego i pozbawionego woli, choć ty mnie prawie nie dotknąłeś i nie zamierzasz zrobić nic więcej niż te prawie niewinne pieszczoty. Bez cienia wątpliwości wiem, że dalej się dziś nie posuniesz, choć twój twardy penis wbija mi się w ciało, jakby nie było między nami bariery ubrań. Czuję go przy każdym twoim i moim oddechu i te drobne ruchy doprowadzają mnie do białej gorączki.

Zanim całkiem przestaniemy nad sobą panować, tuż przed tą chwilą, kiedy przestaje się liczyć cokolwiek poza chęcią spełnienia, tuż przed moim głośnym jękiem, przed burzą, przed wojną ciał – wstajesz i odsuwasz się. Powoli, jak striptizer, z drwiącym uśmiechem, rozbierasz się. Zostawiasz mnie na gorącej, pomarańczowej sofie i odchodzisz, żeby pod prysznicem zmyć z siebie moje pocałunki.

Mój przewlekły romans z cudzym miastem tym razem pozostaje niespełniony. Wyjeżdżając, mam kroplę perfum, więdnący kwiat słonecznika, twoje zdjęcia i szaloną ochotę na jeszcze. A także pokusę napisania choćby krótkiej wiadomości, której uległabym bez wahania, gdybym między powitalnym a pożegnalnym uśmiechem pamiętała o tym, żeby poprosić o twój numer telefonu.


* M. J. Rose "Szkarłatne piętno"

0 komentarze:

Prześlij komentarz